|
~początki~Garbage~Version 2.0~międzyczas~po V2~beautifulgarbage~po BG~Bleed like me~
| ~na początku było słowo~
 | Bez wątpienia jedno z pierwszych zdjęć zespołu :) | Według znanej wszem i wobec legendy, pewnego pięknego dnia do Smart Studios (studia nagraniowego utworzonego w 1984 roku przez Viga i Markera) zajrzał kumpel tria Vig-Marker-Erikson. Różne źródła różnie go nazywają, ale najprawdopodobniej był to Pauli Ryan (nazwisko to pojawia się np. na singlu "Stupid girl"). Miał on okazję posłuchać dotychczasowych dokonań trójki (a trzeba wam wiedzieć, że panowie lubili eksperymentować z dźwiękiem, bo wśród instrumentów pojawiały się stare wentylatory i inne tego typu wynalazki...) i określił to krótko: "this shit sounds like garbage!". Butch odpowiedział: "exactly, and we're going to turn this garbage into a song". Zespół nie raz odpowiadał zresztą na pytanie dotyczące rodowodu nazwy. W internetowym wywiadzie zorganizowanym przez AOL 20 sierpnia 1995 roku Butch powiedział: "a friend of ours came by the studio where Steve and Duke and I were doing a remix for NIN and at that poingt in the mix, it was not very focused and he said "This shit sounds like garbage" and we knew that using Shit was not a very good idea so we decided it would have to be GARBAGE". Co do "...we're going to turn this garbage into a song" - dziś nikt nie ma wątpliwości - Vig dopiął swego :) Ale wracając do roku '94 - cóż z tego, że ma się materiał, skoro nie ma kto go zaśpiewać? Traf chciał, że pewnego razu Steve zobaczył w MTV (a dokładniej w programie "120 Minutes") teledysk do piosenki "Suffocate me" zespołu Angelfish, a co za tym idzie - niejaką Shirley Manson. "Ni z tego, ni z owego otrzymałam telefon od kogoś, kto powiedział, że Butch jest zainteresowany współpracą ze mną. Natychmiast zadzwoniłam do mojej firmy płytowej z pytaniem, czy słyszeli coś na jego temat. W odpowiedzi usłyszałam, że jest to jeden z najlepszych producentów w Stanach" - powiedziała kiedyś Shirley. Z perspektywy czasu Shirley przyznaje, że na początku nie było łatwo - ją paraliżowała myśl o pozycji Butcha w świecie muzycznym (miał on już wtedy na swym koncie, jako producent, "Nevermind" Nirvany), a panowie nie byli pewni własnych umiejętności. Warto dodać, że zespół po raz pierwszy spotkał się (w Londynie) w takim składzie, w jakim istnieje, dokładnie tego samego dnia, w którym znaleziono zwłoki Kurta Cobaina... Informacja dla niewtajemniczonych: było to 8 kwietnia 1994 roku. |
~do góry~ |
| ~Garbage~
 | Rude (i długie) włosy Shirley i Steve - jeszcze z włosami na głowie. | W każdym bądź razie po roku wytężonej pracy wydali swój pierwszy album, nazwany - jakże by inaczej - "Garbage" (a może fani tak go nazwali? Na płycie nie ma standardowego podziału wykonawca-tytuł, jest tylko "garbage"). Muzyka, jaką zawarli na krążku, była bez wątpienia czymś nowym (do pewnego stopnia oczywiście) i trudnym do jednoznacznego określenia czy zaszufladkowania. Recenzenci prześcigali się w nazwach: industrial grunge, pop/slighty industrial & techno/rock, elektryczny pop, surrealistyczny, niebiański pop zaprawiony industrialnymi koszmarami czy wreszcie popcore... Hmm... Cokolwiek by to znaczyło - brzmi świetnie ;) Na płycie rzeczywiście znajdujemy wpływy wielu gautnków muzyki. Na szczęście nie ma się jednak wrażenia, że materiał jest przypadkowy, że na cd trafiło to, co akurat było gotowe. Nic z tych rzeczy, wręcz przeciwnie - mamy do czynienia ze świetnie wyprodukowanym i spasowanym albumem (no w końcu jak w zespole jest trzech producentów, to chyba inaczej być nie może). Patrząc na utwory - są tu zarówno te zawierające nieźle przesterowaną gitarę ("Only happy when it rains", "As heaven is wide", "Dog new tricks"), jak i spokojne ballady ("A stroke of luck", "Milk"). We wszystko to bardzo precyzyjnie wplecione zostały także rytmy techno ("As heaven is wide") czy hip-hopu ("Queer"). Płyta zebrała pochlebne recenzje i sprzedała się w ok. 4.5mln nakładzie. Nie raz już spotkałem się z opinią, że ówczesna muzyka Garbage była impulsem, który sprawił, że na scenie muzycznej pojawiły się grupy grające muzykę rock na miarę końca XX wieku (np. Republica) i pewnie coś w tym jest. |
~do góry~ |
| ~Version 2.0~
 | Kolejna płyta i kolejny image - Shirley skraca, Butch ściemnia, Steve goli, a Duke funduje sobie bródkę... | Po dwóch latach koncertów, w kwietniu 1997, grupa znów zamknęła się w studiu, w wyniku czego rok później mogliśmy cieszyć się nowym krążkiem zatytułowanym "Version 2.0" (czyt. "werszyn tu pojnt oł"). Wersja 2.0 "Garbage"? Nie do końca. Po pierwsze druga płyta jest ostrzejsza - zdecydowanie więcej na niej ostrego gitarowego grania, a jednocześnie dużo więcej ogólnie pojętej elektroniki. Na tym albumie wyłazi studyjna przeszłość muzyków, czyli te ich wszystkie pokręcone eksperymenty i remiksowanie takich gwiazd, jak np. Depeche Mode czy U2. Słyszymy tutaj jeszcze więcej trudnych do określenia dźwięków, trzeszczących sampli i zmodyfikowanego głosu Shirley. Przez wspomniane dźwięki ludzie zastanawiają się czasem, czy nie trafili przypadkiem na uszkodzony egzemplarz płyty - są to autentyczne historie, takie pytania padały już na grupach dyskusyjnych (i w mailach do mnie), a dotyczyły m.in. "The trick is to keep breathing". Również ta płyta Garbage odniosła ogromny sukces. Przez długi czas była najlepiej sprzedającym się krążkiem na świecie. Pochodzą z niej takie hity, jak "Push it", "I think i'm paranoid", "The trick is to keep breathing", "Special", "When i grow up"... Garbage po raz kolejny inspirowali. Co ciekawe, tym razem nawet wyglądem - wystarczy rzucić okiem na galerię naszego rodzimego Lombardu ;) |
~do góry~ |
| ~W międzyczasie~
 | Duke - ciężka praca, czy chwila relaksu? | W międzyczasie powstają b-side'y. Czym są? Powszechnie utwory ze stron b uważa się za takie, które z jakichś przyczyn nie zmieściły się na albumach. Czasem rzeczywiście powstają z myślą o tych ostatnich, a czasem z nudów. Często są też po prostu coverami. W przypadku Garbage sprawa jest o tyle ciekawa, że b-side'ów wydają całkiem sporo. Większość singli trafia w nasze ręce z niespodzianką tego typu :). A czego się może spodziewać ktoś, kto jeszcze nie zna tych utworów? Myślę, że czeka go bardzo miłe zaskoczenie :). Wśród b-side'ów Garbage znajdują się zarówno utwory utrzymane w klimatach obydwu płyt (np. "Trip my wire" i "Driving lesson"), jak i materiał zupełnie inny ("Alien sex fiend", "Can't seem to make you mine", "Deadwood", "Get busy with the fizzy")... Utwory te bez dostępu do sieci są, trzeba przyznać, trudne do zdobycia, gdyż single w Polsce to przeważnie rzecz niezwykle trudno dostępna. Składanka z b-side'ami i remiksami miała ukazać się już w kwietniu lub maju 2000 roku, jednak jej premiera była ciągle odkładana. Powody są niejasne. Shirley mówiła, że musi ona poczekać na jakiś deszczowy dzień... Bardziej prawdopodobny powód to problemy z wydawcą. Tak czy inaczej - kiedyś w końcu musimy się jej doczekać! |
~do góry~ |
| ~Po "Version 2.0"~
 | Girl power w wykonaniu Shirley... | Ostatnią piosenką z krążka "Version 2.0" i ostatnią wydaną na singlu była "You look so fine". Po zakończeniu trasy koncertowej... Stop! Musimy na moment zatrzymać sie w tym miejscu :) Nie można nie wspomnieć o tym, że Garbage grają naprawdę DUŻO koncertów. Co znaczy w tym wypadku 'dużo'? Butch wspomina o ok. 500 występach od początku istnienia zespołu. Na stronie Garbage Base znajduje się chronologiczny spis tychże koncertów. Czy rzeczywiście 500? Nie liczyłem, ale całkiem sporo. O tym, że potrafią grać na żywo, chyba nie muszę wspominać... Na scenie muzycy na szczęście nie obijają się, a to, co grają, nie jest jedynie wierną kopią wersji studyjnych. Ktoś powie, że dobrego muzyka poznaje się po tym, że na żywo potrafi zagrać identycznie, jak w studiu. Owszem, jednak urok koncertów Garbage polega na tym właśnie, że ich piosenki w wersjach 'live' brzmią czasem nieco inaczej - czy gorzej, czy lepiej - trzeba ocenić samemu. Mi jednak ogromną frajdę sprawia słuchanie np. różnych wersji "Only happy when it rains" - inaczej grali tą piosenkę podczas trasy promującej pierwszy krążek, a inaczej po "Version 2.0" :) Poza tym jedne piosenki na żywo brzmią ostrzej, inne łagodniej (w stosunku do tego, co słychać na albumach rzecz jasna)... jeszcze inne są zupełnie zakręcone (np. "Dog new tricks" zespół lubi grać go na scenie w wersji zremiksowanej, przez siebie zresztą). Technicznie są doskonali, tak muzycy, jak i Shirley. Polscy fani mogli się o tym przekonać 24 maja 1999 roku, kiedy to zespół zagrał w katowickim Spodku. Więcej o tej imprezie przeczytacie tutaj, a teraz idziemy dalej... Po zakończeniu trasy koncertowej zaczęło się wielkie wyczekiwanie na kolejny album, ale to akurat nic specjalnie dziwnego. Ciekawsze jest na przykład to, że Garbage nagrali wtedy piosenkę do 19ej części przygód agenta 007 - "The world is not enough". Song nazywa się tak samo, jak film, a jego autorami są Don Black i David Arnold. Garbage nagrali go wraz z 83-osobową orkiestrą. Prócz TWINE warto także wspomnieć o udziale Shirley w promocji kosmetyków sygnowanych nazwiskiem Calvin Klein. |
~do góry~ |
| ~beautifulgarbage~
 | W kwestii prezencji trzeci krążek przyniósł przede wszystkim odmienioną Shirley... | Wszystko super, ale przecież najważniejsza jest muzyka. Długo kazali nam czekać na trzeci krążek. Blisko 3 i pół roku! Przez ten czas dochodziły do nas różne wieści. Głównym źródłem informacji były pamiętniki prowadzone przez Shirley na oficjalnej stronie zespołu. Stamtąd dowiadywaliśmy się o tytułach nowych piosenek i ogólnie o postępach w pracy... Wreszcie w maju 2001 roku zespół nagrał w Smart Studios (bo w końcu gdzie indziej?) materiał na nowy album. Wtedy też poznaliśmy jego nazwę - "beautifulgarbage" (ciekawostka: internetowe serwisy muzyczne długo nie mogły nauczyć się, że pisze się ją właśnie razem, a nie osobno). W lipcu'01 w stacjach radiowych (ale nie w PL :P) zaistniała, jako pierwsza z nowej płyty, piosenka "Androgyny" i również wtedy stało się to, co było nieuniknione - 30-sekundowy fragment utworu "Cherry lips (go baby go!)" trafił do sieci w postaci pliku mp3. Kiepskiej jakości fragment, ale *coś* było słychać... G-światek zawrzał. Wcześniej Shirl w swym pamiętniku pisała, że album będzie "thick & heavy". To samo mówił Butch w wywiadach, pojawiały się nawet porównania do Korna! Tymczasem zarówno "Androgyny", jak i wspomniany kawałek "Cherry lips..." zupełnie do tego opisu nie pasują... Pierwszy song utrzymany jest w klimatach r'n'b, a drugi jest chyba najbardziej popowym utworem nagranym przez Garbage (obydwa 'podszyte' są jednak przesterowaną gitarką). Cały album okazał się zresztą niemałą niespodzianką dla dotychczasowych fanów zespołu - dla jednych miłą, a dla innych niekoniecznie... Fani ci podzielili się na dwa obozy - jedni pokochali nowe brzmienie G, drudzy zatęsknili nagle za pierwszym krążkiem... a Ty? Do której grupy należysz?? |
~do góry~ |
~Houston, mamy problem...~
 | Androgyny? | Trzeci krążek Garbage zaskoczył zarówno fanów (tych mniejszych i większych), jak i recenzentów. Zwrot w kierunku maintreamowej komercji był niespodzianką, na którą trudno było być przygotowanym. Oczywiście, jak to w przypadku Garbage, nic na siłę i nic w 100% - muzyka, choć odczuwalnie różniła się od dotychczasowych dokonań zespołu, nie straciła zbyt wiele z charakterystycznego dla zespołu brzmienia opartego na sprawnym łączeniu skrajnie różnych dźwięków... Właśnie - niezbyt wiele, bo czegoś jednak brakowało. Produkcji zarzucano przede wszystkim brak spójności i równości. Obok muzycznie doskonałych i dopracowanych w każdym najmniejszym nawet detalu kompozycji, jak np. "Nobody loves you", na krążek trafił taki dziwoląg, jak "Untouchable". Obok ciężkich gitarowych brzmień ("Silence is golden") usłyszeć można musicalowy wręcz "Can't cry these tears". W "Cherry lips (go baby go!)" plastikowy wokal Shirley (vocoderowe cudo) wsparty został dźwiękami rodem z taniej syntezatorowej dyskoteki... Album rzuca słuchaczem z jednej skrajności w drugą. Każdy utwór jest inny, każdy sprawia wrażenie wyjętego z innej bajki. Doskonała charakterystyka składanki "best of", ale z pewnością nie dobre słowo o albumie zespołu, którego dwie wcześniejsze produkcje były świetnie spasowane. "Beatufilgarbage" nie powtórzył sukcesu swoich poprzedników. Śmiało można stwierdzić, że nawet się do niego nie zbliżył. Specyfika utworów zawartych na "beautifulgarbage" zmusiła zespół do znacznie częstszego wspomagania się na koncertach takimi cudami techniki, jak wszelkiej maści samplery. W efekcie zmianie uległo koncertowe brzmienie zespołu i z pewnością nie była to zmiana na lepsze. Sample, loopy i inne syntetyczne dźwięki sprawiły, że koncerty były mniej przyjemne dla ucha i nie powalały energią płynącą z na żywo męczonych instrumentów. Prawdziwą rewolucję przeszedł z kolei image Shirley - po nieco futurystycznych, lecz wciąż kobiecych zapędach z czasów "Version 2.0", trzeci krążek zaserwował nam terapie szokową. Oto ruda bogini w przeciągu kilku zaledwie miesięcy najpierw obiła się nieco o new romantic by zaraz potem zostać blond chłopczykiem w przykrótkich spodenkach... Jak u Hitchcocka - trzęsienie ziemii na dobry początek, a potem... Zaczęło się od problemów Butcha, którego podczas trasy najpierw dopadło wirusowe zapalenie wątroby typu A (tzw. żółtaczka pokarmowa), a później zapalenie ucha. W efekcie Butch dwukrotnie zmuszony był do rezygnowania z obijania perkusji podczas koncertów, a zespół do wspomagania się dwoma Mattami: Chamberlainem i Walkerem. Zdrowie nie dopisywało również Shirley, dla której trasa promująca "beautifulgarbage" zakończyła się problemami z głosem i w końcu operacją usunięcia cysty ze strun głosowych. Przesadą byłoby nazwać trzeci album Garbage słabym czy nieudanym - z pewnością jednak nie był tak dobry, jak dwa poprzednie. A nawet gdyby uznać go równie dobrym, to nie sposób nie zauważyć jego 'inności', która to przełożyła się na spadek zainteresowania zespołem ze strony fanów 'wychowanych' na dwóch poprzednich krążkach. Żeby zbyt daleko nie sięgać - Krunk z Garbage.net (swego czasu najlepsza strona o Garbage) o powodach zamknięcia strony: the reason for this is that I am really disappointed with the last album and the way the band is going. I hate Shirley's new look, the red hair was one of the things that made her stand out. Call me superficial but that's how I feel about that. BeautifulGarbage is just an OK album with a stupid name. There are about twice as many slow songs this time. There are some songs I just have to skip over all the time". Jeśli dodać do tego problemy ze zdrowiem Shirley i Butcha... nie był to najlepszy okres dla zespołu.
|
~do góry~ |
~Krew i gitary w ekspresowym tempie~
 | Rudzielec kontratakuje! Poza tym Duke trochę zarósł... | Garbage nigdy nie należeli do zespołów, które jakoś szczególnie rozpieszczaja swoich fanów - długie przerwy między kolejnymi albumami to standard. Zespół nadrabiał to długimi i intensywnymi trasami koncertowymi, lecz jak wiadomo - ta po "beautifulgarbage" najszczęśliwsza nie była. Zaserwowali nam po niej całe dwa lata czekania karmiąc nas od czasu do czasu informacjami o pracach nad czwartym albumem. Zapowiedzi przed "beatufilgarbage" były delikatnie mówiąc mylące, więc fani ze sporą rezerwą podchodzili do tego, co mówiło się o najnowszej produkcji. A napięcie było tym wyższe, że tu i ówdzie nadchodzący album Garbage określano przysłowiowym "być albo nie być" dla nich samych. Pierwotnie nazywać się miał, na rzecz jakiegoś śmiesznego konkursu organizowanego w Teksasie, "Hands on a hard body". Ostatecznie padło jednak na "Bleed like me", co bliższe miało być atmosferze panującej w szeregach Garbage w czasie nagrywania materiału na tenże album. Po takim wyborze można było spodziewać się dosyć osobistego podejścia do sprawy. Shirley wielokrotnie pytana o źródło i zarazem adresata dosyć bezpośrednich tekstów zaprzeczała jednak, jakoby chodziło o jej związek z byłym już mężem - Eddie Farrellem. Wracając do płyty - nikogo chyba nie zdziwi fakt, że wszystkie piosenki z BLM śmigały po sieci na długo przed oficjalną premierą. Były dostępne zarówno w sieciach P2P (tutaj najpierw w wersjach roboczych, a zaraz potem w niezłej jakości mp3 prosto ze sklepowego wydania), jak i na stronach oficjalnych - m.in. w darmowym internetowym radiu Virgin Records. W tym ostatnim podobno przez pomyłkę, bo mieli serwować ledwie kilka piosenek... Co się okazało? Kolejna rewolucja! Tym razem zespół postawił na bezkompromisowe rockowe granie. Znacznie mniej na nim udziwnień i elektronicznych wycieczek. Nie jest to też ani mniej (G i V2.0), ani bardziej (BG) przypadkowa mieszanka brzmień - krążek jest bardziej gitarowy. Po trudnym do określenia "beautifulgarbage" można śmiało i z czystym sumienieć powiedzieć o nim - po prostu rockowy. Muzyka na nim zawarta sprawia wrażenie prostszej i łatwiejszej do ogarnięcia, łatwiej ja w miarę precyzyjnie określić i wreszcie, co niektórzy uwielbiają wręcz robić, zaszufladkować :) Nie jest to oczywiście rock w stylu hmm... Guns'N'Roses chociażby ;) Melodie są proste, pełno jest powtórzeń tych samych dźwięków (a'la Myslovitz prawie, choć oczywiście na innej płaszczyźnie brzmieniowej), nieporównywalnie więcej jest też gitary basowej i czystej, nieprzetworzonej perkusji... Wszystko to i tak wciąż pozostaje tłem dla podstawowego instrumentu Garbage - głosu Shirley. Wokalistka Garbage po raz kolejny staje na głowie czarując swym głosem na każdym kroku. Śpiewa, szepcze, krzyczy, nuci - pełen serwis. Ostatni, jak dotychczas, album Garbage zebrał lepsze recenzje, niż poprzedni. Zespół zrezygnował z tak dalece zakrojonych eksperymentów, jak na "beautifulgarbage" i chyba opłaciło się... W każdym razie jeśli spojrzeć na to, co do powiedzenia mieli fani i krytycy, bowiem komercyjny sukces albumu został poważnie zastopowany - promocja "Bleed like me" była równie intensywna, co szokująco wręcz krótka. Trwała nieco ponad pól roku - od końca marca do końca września 2005 roku (dla porównania - w przypadku "Version 2.0" same single ukazywały się ponad rok). Zespół wydał w tym czasie cztery małe płytki i nakręcił tyle samo teledysków (całkiem niezłych zresztą). Trasa koncertowa została jednak niespodziewanie odwołana wraz z nadejściem jesieni 2005 roku, a więc na krótko przed planowaną wizytą Garbage w Europie. Muzycy zrobili sobie wtedy przerwę trwająca do dziś. Mówiło się o wyczerpaniu, ale też o zmęczeniu niekoniecznie fizycznym, bo emocjonalnym, o kryzysie w zespole itp. itd. etc. Co by to nie było, Shirley zapewnia, że to jeszcze nie koniec i tego powinniśmy się trzymać :)
|
~do góry~ |
|
|