~wywiady i artykuły~recenzje płyt~inne~


Prawdziwa muzyczna unia demokratyczna
Źródło: Machina, numer 8 (41) sierpień 1999
Autor: Marcin Wesołowski

W czasie katowickiego koncertu Garbage Shirley Manson opowiadała publiczności historyjkę. - Kiedy byłam dzieckiem tatuś dał mi trzy maleńkie znaczki: błękitny, zielony i fioletowy. Spojrzałam na nie i pomyślałam sobie: jakie to fajne, mam znaczki z jakiegoś bardzo egzotycznego kraju, z Polski. A teraz stoję tu i mogę dla was śpiewać. To naprawdę niesamowite. Tę samą anegdotę Shirley opowiedziała kilka godzin wcześniej dziennikarzom. No, prawie tę samą. Inne były kolory znaczków.

Kiedy w zeszłym roku miałem okazję spotkać się z Shirley podczas festiwalu w Reading, po skończonym wywiadzie dosiadła się do mnie i długo wypytywała, jak naprawdę wygląda Polska. Czy rzeczywiście jest u nas tak brudno i brzydko, jak to uczono onegdaj w zachodnich szkołach. Zanim Garbage zagrał w Spodku, w hotelu "Warszawa" miałem okazję po raz kolejny pogadać z Shirley Manson i jej kolegami z zespołu. Cały czas powtarzała, że się cieszy, że jej się podoba, że jest fajnie, a ludzie bardzo mili.

Pytam o najbardziej zabawny moment podczas trasy. Butch zastanawia się chwilę i wreszcie uśmiecha na wspomnienie innej bardzo egzotycznej imprezy.

- To było w Japonii. Graliśmy na Fuji Festival. Czterdzieści tysięcy dzieciaków pod scena, bardzo gorąca atmosfera - w przenośni i dosłownie. Było jakieś sto dziesięć stopni (Fahrenheita - czyli 43-44C). Pot z nas spływał strumieniami...I w pewnym momencie ci wszyscy Japończycy zaczęli wydawać z siebie jakieś dziwne dźwięki (Butch demonstruje w tym momencie odgłos). Było to tak śmieszne, że momentalnie zapomnieliśmy o całym zmęczeniu.

Czy japońscy fani bardzo różnią się od Europejczyków oraz Amerykanów?

Butch: Nie sądze, by była to jakaś gigantyczna różnica. Japończycy reagują w podobny sposób, w czasie koncertów są takimi samymi wariatami. Chociaż są chyba grzeczniejsi i bardziej gościnni od innych. Cały czas pytają, czy czegoś ci nie potrzeba, starają się, byś czuł się u nich jak w domu. Spotkaliśmy na przykład takiego gościa, który cały czas robił nam zdjęcia. Natłukł ich pewnie ze sto. Gdzie się tylko ruszyliśmy, on już tam był.

Kiedy Shirley wspomina o tym, że Garbage jest dla niej czymś w rodzaju niezłego żartu, ani przez chwilę nie wątpię w jej słowa. Wygląda i zachowuje się tak, jakby całe życie było dla niej żartem. Jednemu z telewizyjnych dziennikarzy powiedziała, żeby spier..., bo zadaje głupie pytania i jest nieprzygotowany.

Shirley: Garbage jest dla nas zabawą. Nigdy nie traktowaliśmy tego zbyt poważnie, więc dobrym żartem jest również nazywanie nas gwiazdami rocka.

Courtney Love powiedziała kiedyś o Shirley, że jest bodaj najlepszym przykładem gwizdy rocka, jaki zna. - Ma to zapisane w DNA - twierdziła Love. Także Butch Vig przyznaje, że podczas koncertów nikt nie zwraca uwagi na kogokolwiek poza nią. Po katowickim koncercie nie zdziwiłbym się, gdybym kiedyś na ulicy usłyszał o Garbage, że "to grupa tej rudej Shirley". Nie było tak w pierwszym okresie działalności grupy. Z tego co pamiętam, nazywano ich zazwyczaj "bandem tego producenta od Nirvany", czyli Butcha Viga. Sam zainteresowany, pytany wprost - "kto tu rządzi", odpowiada szybko: - Shirley, oczywiście (śmiech). Poważnie zaś mówiąc, nie sądzę, byśmy byli zespołem, którym niepodzielnie dowodzi jedna osoba. Garbage jest na pewno czymś innym niż R.E.M. czy U2. To prawdziwa, klasyczna unia demokratyczna.

Rozmawiał: Marcin Wesołowski

...a tekst umieścił w edytorze kosa^, słuchając Silverchair i innego Śmiecia :-)

~spis~do góry~